Choć publiczne wydatki rzędu kilkudziesięciu milionów złotych bywają przedmiotem gorących debat, podobna suma – równowartość ponad siedemdziesięciu milionów złotych – wystarczyła w listopadzie, by anonimowy kolekcjoner zapewnił sobie prawo do odbioru najdroższego fabrycznie nowego auta na świecie. Na aukcji zorganizowanej przy okazji wyścigowego weekendu Formuły 1 w Las Vegas padł rekord: 20 680 000 dolarów za egzemplarz GMA S1 LM.
- sprzedano go w centrum kongresowym towarzyszącym Grand Prix; - pod młotek trafił samochód, który… jeszcze nie istnieje – będzie zbudowany od zera; - powstanie zaledwie pięć sztuk, a każda ma podkreślać inny element historii motorsportu; - nad projektem czuwa Gordon Murray, konstruktor m.in. mistrzowskiego McLarena F1; - napędza go wolnossące V12 Coswortha o pojemności 4,3 l, wkręcające się do 12 100 obr./min.
Inżynieryjny manifest Gordona Murraya
Gordon Murray to postać, której nie trzeba przedstawiać fanom motorsportu. Jako główny projektant McLarena w Formule 1 wprowadzał innowacje, które na stałe zmieniły królową sportów motorowych. Po odejściu z zespołu skupił się na drogowym supersamochodzie McLaren F1 – do dziś uznawanym za jedną z najbardziej wpływowych konstrukcji w historii motoryzacji. Po latach inżynier powrócił do własnych marzeń, zakładając Gordon Murray Automotive i rozwijając gamę ultralekich modeli T.50, T.33 oraz torowych odmian z sufiksem LM.
S1 LM jest kulminacją tej filozofii. Z założenia auto ma ważyć poniżej 1 000 kg, korzystać z centralnie umieszczonego, wysokoobrotowego silnika i aerodynamicznego wentylatora w tylnej części nadwozia. Ten ostatni element, inspirowany legendarnym McLarenem M23 „fan car”, generuje dodatkowy docisk, poprawiając stabilność w zakrętach bez konieczności powiększania spojlerów. Zamiast coraz powszechniejszej elektryfikacji Murray stawia na maksymalne ograniczanie masy i czysto mechaniczną więź kierowcy z maszyną.
Rekord w Mieście Grzechu
Las Vegas przyciąga rekordy nie tylko w kasynach. Podczas weekendu Grand Prix liczącego się w kalendarzu Formuły 1 zorganizowano aukcję, na której wystawiono pierwszy slot produkcyjny S1 LM. Licytacja trwała niespełna kwadrans, a stawka rosła skokowo co 250 000 dolarów, aż zatrzymała się tuż poniżej 21 milionów. To najwyższa kwota, jaką kiedykolwiek zapłacono za fabrycznie nowy samochód. Dotychczasowy rekord należał do Bugatti La Voiture Noire, sprzedanego prywatnie za około 18,7 mln euro. Co ciekawe, kwoty osiągane na rynku klasyków są znacznie wyższe – Ferrari 250 GTO potrafi sięgnąć 70 milionów dolarów – jednak segment „zero przebiegu, prosto z fabryki” nigdy wcześniej nie przebił pułapu wyznaczonego przez S1 LM.
Niewielki nakład, maksymalna personalizacja
Wylicytowana kwota nie obejmuje jedynie samego pojazdu. Nabywca zyskał możliwość współtworzenia detali konstrukcyjnych – począwszy od geometrii fotela, przez kalibrację zawieszenia, aż po barwy lakieru i ręcznie kute przełączniki we wnętrzu. Proces ten potrwa około 18 miesięcy, a testowym kierowcą będzie Dario Franchitti, czterokrotny mistrz serii IndyCar. Po każdym etapie badań torowych klient ma otrzymywać szczegółowe raporty telemetryczne, by aktywnie uczestniczyć w finalnym strojeniu auta do własnych preferencji jazdy.
Produkcja pięciu sztuk została już rozdzielona pomiędzy kolekcjonerów z Europy, Ameryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Każdy egzemplarz ma nawiązywać do jednego z triumfów w 24-godzinnym wyścigu Le Mans, stąd wyróżniające pasy malowania i numery startowe widoczne na wizualizacjach. Wyjątkowość podkreśla nie tylko skala limitacji, ale też sposób rejestracji: S1 LM otrzyma homologację drogową w Wielkiej Brytanii, natomiast poza Europą właściciele będą musieli korzystać z procedury „show & display” lub przyczepek torowych.
Dlaczego wolnossące V12 wciąż rozpala wyobraźnię?
Przy ponad 1 000 Nm dostępnych z silników elektrycznych można by uznać klasyczne agregaty za relikt przeszłości. Tymczasem 4,3-litrowe V12 stworzone przez Coswortha do modelu S1 LM generuje „zaledwie” 711 KM, ale wkręca się szybciej niż silnik MotoGP i osiąga tony akustyczne niespotykane w jednostkach turbodoładowanych. Dla kolekcjonerów liczy się nie sama wydajność, lecz całe doświadczenie: zapach rozgrzanego aluminium, sposób reagowania przepustnicy i brzmienie dochodzące z ramy monokoku z włókna węglowego.
Rosnące restrykcje emisji powodują, że dni wolnossących V12 są policzone. Z tego powodu modele takie jak S1 LM mogą stać się „białymi krukami” nie tylko ze względu na cenę, ale i techniczną unikatowość. Porównywalne konstrukcje – Aston Martin Valkyrie, Pagani Utopia czy Ferrari Daytona SP3 – także postawiły na wolnossące jednostki o wysokim litrażu, uznając, że dla grupy najbardziej wymagających kolekcjonerów właśnie to decyduje o trwałej wartości.
Czy rekord zostanie pobity?
Rynek samochodów ultralimitowanych rządzi się własnymi prawami: podaż jest ściśle kontrolowana, a popyt napędzają nie tylko pasjonaci techniki, lecz także inwestorzy dywersyfikujący portfele. W kolejce czekają już kolejne projekty – choćby nadchodzący Bugatti oparty na nowym silniku V16 o pojemności 8,3 l czy planowana wersja track-only Mercedes-AMG One. Czy którakolwiek z tych maszyn przebije 20-milionową barierę jeszcze na etapie salonu sprzedaży? Na razie S1 LM dzierży koronę, a głośne bicia młotka w Las Vegas przypomniały branży, że emocje i inżynierska pasja bywają warte tyle, co całe budżety publicznych programów.