Jeszcze kilka lat temu głównym kierunkiem, z którego trafiały do Polski używane samochody, były zachodnie sąsiedztwo i tradycyjnie silny eksport Francji. Dziś jednak import z USA rośnie w tempie, które już teraz podważa pozycję francuskich aut na podium. Decyduje przede wszystkim korzystna cena wywoławcza na tamtejszych aukcjach, zwłaszcza pojazdów uszkodzonych, ale prawdziwym przełomem stała się decyzja Unii Europejskiej o zniesieniu od 1 lipca 2026 r. 10-procentowego cła na samochody przywożone z Ameryki. Na pierwszy rzut oka to prosta obniżka kosztów, jednak przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że niesie ze sobą zarówno konkretne oszczędności, jak i ryzyko dotkliwych dopłat, jeśli importer nie będzie skrupulatny.
Amerykańskie auta w drodze na Wisłę – co mówią liczby?
Według danych firm monitorujących rejestracje oraz Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców, w pierwszym półroczu 2026 r. do Polski trafiło około 234 tys. pojazdów z Niemiec (spadek o 7 proc. rok do roku), 47,7 tys. z Francji (-6,6 proc.) i 38,3 tys. ze Stanów Zjednoczonych (+5,3 proc.). Dynamika importu zza Atlantyku rośnie nieprzerwanie piąty rok z rzędu, a eksperci z Samar i PZPM wskazują, że przy braku cła liczba ta może w ciągu dwóch lat przekroczyć 60 tys. egzemplarzy rocznie. Warto odnotować, że średni wiek auta sprowadzanego z USA wynosi około ośmiu lat, przy czym blisko 60 proc. pojazdów ma na koncie szkody odnotowane w amerykańskich bazach ubezpieczeniowych.
Zerowe cło: skąd weźmie się oszczędność?
Do 30 czerwca 2026 r. każde auto z amerykańskim świadectwem pochodzenia obciążone było 10-procentowym cłem. Od 1 lipca cło wynosi 0 proc., co dla samochodu wartego 100 000 zł oznacza formalną oszczędność 10 000 zł. Rzeczywisty rachunek jest jednak korzystniejszy, bo akcyza i VAT liczone są od kwoty powiększonej o cło. Przyjmując niemiecką procedurę odprawy (19 proc. VAT) i silnik benzynowy 3,5 l, zestaw opłat przed i po zmianie wygląda następująco:
Przed 1 lipca 2026: cło 10 000 zł, akcyza 18,6 proc. od 110 000 zł = 20 460 zł, VAT 19 proc. od 130 460 zł = 24 787 zł. Łącznie 55 247 zł.
Po 1 lipca 2026: cło 0 zł, akcyza 18,6 proc. od 100 000 zł = 18 600 zł, VAT 19 proc. od 118 600 zł = 22 534 zł. Łącznie 41 134 zł.
Różnica przekracza 14 tys. zł, czyli ponad 25 proc. wartości wcześniejszych opłat. Przy mniejszych jednostkach lub hybrydach (stawki: 3,1 proc. lub 1,55 proc.) skala korzyści jest nieco niższa nominalnie, lecz wciąż znacząca dla budżetu nabywcy.
Pułapki importera: wartość celna, akcyza i numer VIN
Zniesienie cła nie oznacza końca formalności. Po pierwsze, zerowa stawka dotyczy wyłącznie aut wyprodukowanych w USA. Jeżeli numer VIN wskazuje fabrykę w Meksyku lub Kanadzie, opłata wraca do gry. Po drugie, akcyza i VAT wciąż zależą od tzw. wartości celnej. Organy KAS zintensyfikowały kontrole wycen pojazdów uszkodzonych; zaniżenie wartości na podstawie jednostronnej opinii rzeczoznawcy może skutkować po latach wezwaniem do dopłaty podatków i odsetek. Przepisy przewidują możliwość weryfikacji deklaracji nawet pięć lat wstecz, a przypadku skrajnych rozbieżności samochód może zostać zakwalifikowany jako odpad, co wymaga uzyskania odrębnych zezwoleń środowiskowych.
Co dalej z rynkiem wtórnym nad Wisłą?
Eksperci branżowi spodziewają się, że niższe koszty sprowadzenia pojazdów zwiększą presję cenową na auta oferowane na krajowych portalach ogłoszeniowych jeszcze w 2026 r. Z drugiej strony popyt na usługi serwisowe i dostęp do części nadwoziowych wzrośnie, co może podnieść koszty napraw. Wygranymi będą klienci celujący w tańsze elektryki oraz hybrydy plug-in, zwolnione z akcyzy, a jednocześnie objęte zerowym cłem. Niewykluczone, że administracja skarbowa zareaguje zwiększoną liczbą kontroli, by zrekompensować ubytek dochodów z ceł. Tym samym nowa rzeczywistość importowa może okazać się dla kupujących atrakcyjna cenowo, ale wymaga od nich większej staranności przy dokumentowaniu pochodzenia oraz wartości sprowadzanego pojazdu.