Zaprezentowana przed kilkoma laty przez Audi nowa metoda oznaczania samochodów miała być logicznym przewodnikiem po szybko rosnącej gamie napędów, od klasycznych spalinowych po w pełni elektryczne. W praktyce system oparty na parzystych i nieparzystych numerach okazał się mniej intuicyjny, niż zakładano: kierowcy gubili się w ofercie, a dealerzy poświęcali coraz więcej czasu na wyjaśnianie różnic między z pozoru podobnymi symbolami. W efekcie producent z Ingolstadt zdecydował się powrócić do schematu, który przez dekady budował rozpoznawalność modeli – od A1 po A8 – i tym samym ograniczyć ryzyko dalszej fragmentaryzacji wizerunku marki.
Dlaczego nazwa jest równie ważna jak silnik
Dla odbiorców segmentu premium oznaczenie modelu to coś więcej niż alfanumeryczny kod – to skrótowa informacja o pozycjonowaniu, historii i technologicznym zaawansowaniu pojazdu. Mercedes-Benz korzysta ze spójnych liter od lat 50., a BMW od pół wieku rozwija hierarchię serii. Audi, które w latach 80. spopularyzowało oznaczenia „A” i „Q”, zbudowało na nich potężny kapitał wizerunkowy: wystarczy wspomnieć, że modele A4 i A6 od dekad stanowią fundament sprzedaży na kluczowych rynkach Europy i Chin. Zmiana nazwy niesie zatem ryzyko zerwania emocjonalnej więzi z klientami, a z perspektywy wartości rezydualnej wpływa na postrzeganie samochodu na rynku wtórnym. Nie dziwi więc, że każda modyfikacja w tej sferze spotyka się z baczniejszą uwagą niż lifting stylistyczny czy wprowadzenie nowych silników.
Parzyste kontra nieparzyste: ambitny plan i jego słabe punkty
Intencją konstruktorów systemu była czytelność: wszystkie pojazdy spalinowe miały otrzymać numery nieparzyste, natomiast elektryczne – numery parzyste. Koncepcja, testowana wstępnie na studiach projektowych już w 2019 r., miała uprościć rozmowę o napędach w salonach. Przykład: klient zamawiający A5 wiedziałby, że to auto z silnikiem benzynowym lub Diesla, a osoba zainteresowana A4 e-tron – że mówimy wyłącznie o wariancie z baterią. Problem pojawił się, gdy regułę trzeba było zastosować do wieloletnich bestsellerów. Użytkownicy flotowi nie rozumieli, dlaczego popularne A4 z dnia na dzień stało się A5, a jednocześnie prawdziwe coupe A5 zachowało swoją nazwę. Podobnie zarysował się kłopot z limuzyną klasy wyższej: następca A6 miał przejąć oznaczenie A7, co groziło kolizją z istniejącym fastbackiem.
Zamieszanie w praktyce: przypadek A4, A5 i zawrócenie z kursu
Konwersja sedanów i kombi klasy średniej na A5 ruszyła wraz z generacją wprowadzoną w 2024 r. – do oferty trafiły A5 Avant oraz sportowe S5 Avant. W tym samym czasie dealerskie konfiguratory nadal pozwalały zamawiać oryginalne A5 Sportback, co dla wielu klientów okazało się niejasne. Jeszcze większą konsternację wzbudziły przecieki o planowanym „przechrzcie” A6 na A7. Gdy menedżerowie flotowi zaczęli sygnalizować obawy o wartość odsprzedaży, centrala w Ingolstadt postanowiła zahamować projekt. Prezes Audi Gernot Döllner podkreślił w wywiadzie dla australijskiego magazynu branżowego, że „utrzymanie rozpoznawalnych nazw jest kluczowe, a przywrócenie symbolu A4 należy do opcji poważnie rozważanych”. Wewnętrzne analizy potwierdziły, iż oszczędność w komunikacji – zamiast mnożenia wariantów – ma większą wartość marketingową niż eksperyment z numeracją.
Poprzednie próby i lekcje z przeszłości
Nieudany podział parzysty/nieparzysty nie był pierwszym ryzykownym eksperymentem koncernu. W 2017 r. Audi wprowadziło dwucyfrowy kod mocy, gdzie liczby od 30 do 70 wskazywały przedziały kilowatów. Ponieważ 40 mogło oznaczać zarówno dwulitrowego Diesla, jak i hybrydę plug-in, klienci szybko zgłaszali, że zamiast przejrzystości otrzymują kolejną łamigłówkę. System ostatecznie zniesiono w 2024 r. Parallelnie, na rynku chińskim wspólne przedsięwzięcie z SAIC zaowocowało powołaniem submarki AUDI (pisanej wielkimi literami i bez pierścieni). Choć strategia odpowiadała lokalnym regulacjom dla joint-venture, wizualny rozjazd z globalnym logotypem pogłębiał percepcyjne zamieszanie. Oba przypadki pokazują, że nawet w erze cyfrowej transparentność nomenklatury bywa trudna do osiągnięcia.
Kierunek na kolejną dekadę: klasyka z prądem w tle
Powrót do tradycyjnych symboli nie oznacza rezygnacji z elektromobilności. Trwają finalne prace nad średniej wielkości sedanem A4 e-tron, którego premierę przewiduje się pod koniec dekady. W segmencie SUV -ów klienci zobaczą nową generację Q7 w 2026 r., a jeszcze wcześniej – flagowego Q9. Jednocześnie z linii produkcyjnych zjadą ostatnie egzemplarze A1 i Q2, by ustąpić miejsca opracowywanemu kompaktowemu elektrykowi roboczo nazywanemu A2. Sportowe portfolio ma z kolei zostać rozszerzone o model seryjny inspirowany Concept C, niebędący bezpośrednim następcą ani TT, ani R8. Dla nabywców oznacza to powrót do znajomych nazw, lecz z nowymi technologiami pod maską – a dla marki szansę, by zachować klarowność oferty w czasach, gdy wybór między benzyną, hybrydą a baterią jest dla konsumentów równie ważny jak design czy osiągi.