Sprzeczka o to, czy urządzenia pomiarowe na polskich drogach odliczają 10 proc. od wskazania, czy przyjmują stały margines 10 km/h, wcale nie jest akademicka. To od tej różnicy zależy, czy kierowca zobaczy w skrzynce pocztowej zaproszenie do zapłaty mandatu, czy też nie. Aby uniknąć nieporozumień, warto przyjrzeć się zarówno obowiązującym przepisom, jak i praktyce stosowanej przez Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD).
Nie tylko pojedyncze słupy – jak rozrosła się sieć kontroli prędkości
Pierwsze stacjonarne fotoradary pojawiły się w Polsce na początku XXI w., a dziś Główny Inspektorat Transportu Drogowego (GITD) zarządza łącznie ponad pięciuset dwudziestoma takimi urządzeniami. Do tego dochodzi ponad sto odcinkowych pomiarów prędkości, czyli kamer liczących średnią prędkość pojazdu między dwiema bramkami. Z roku na rok sieć rośnie – w 2023 r. GITD informował o planach kolejnych instalacji w miejscach o największej wypadkowości. Konsekwencją tego rozbudowanego systemu jest nie tylko większa liczba wystawianych mandatów, lecz także rosnące zapotrzebowanie na jasne zasady interpretacji wyników pomiaru.
10 km/h zamiast 10 proc. – literalne brzmienie przepisów
Podstawą prawną tolerancji jest art. 129h ust. 5 pkt 3 ustawy Prawo o ruchu drogowym. Ustawodawca nakazuje tam uwzględnianie „błędu w utrzymaniu dopuszczalnej prędkości” w wysokości do 10 km/h. Nie ma mowy o żadnych procentach. W praktyce oznacza to, że dopiero przekroczenie o 11 km/h lub więcej inicjuje postępowanie administracyjne. Na drogach z limitem 50 km/h mandat zostanie zatem wystawiony przy 61 km/h (licząc wynik pomiaru), a na trasie ekspresowej z ograniczeniem 120 km/h – przy co najmniej 131 km/h.
Samo urządzenie nie „odejmuje” niczego od wskazania. Zostało zaprogramowane tak, by zignorować wyniki mieszczące się w przedziale do 10 km/h powyżej obowiązującego limitu. W momencie przekroczenia tego przedziału kamera zapisuje zdarzenie wraz z pełną, niepomniejszoną wartością prędkości – to na jej podstawie obliczany jest mandat zgodnie z taryfikatorem.
Kiedy próg rośnie do 25 km/h i dlaczego nie można na to liczyć
Rzecznik Praw Obywatelskich w 2022 r. zapytał CANARD o elastyczność ustawień progów wyzwalających zdjęcie. Z odpowiedzi wynikało, że w wyjątkowych lokalizacjach urządzenia mogą być skonfigurowane na margines nawet 25 km/h. Stosuje się to tam, gdzie analiza bezpieczeństwa ruchu wskazała, że łagodniejsze wyzwalanie wciąż dyscyplinuje kierowców, a jednocześnie ogranicza nadmiar materiału dowodowego do obróbki. Operatorzy celowo nie podają listy takich miejsc, aby nie zachęcać do jazdy „na wyczucie”. Kierowca nigdy zatem nie ma pewności, czy trafia na kamerę z ustawieniem podstawowym, czy rozszerzonym.
Jak wygląda to w pomiarze odcinkowym
W przypadku odcinkowych pomiarów sytuacja jest identyczna: dopiero przekroczenie średniej prędkości o ponad 10 km/h generuje wniosek o nałożenie kary. Warto pamiętać, że systemy te liczą prędkość z dokładnością rzędu 1 km/h, a na wynik nie wpływa chwilowe „wyhamowanie” przed drugą bramką – liczy się cała trasa między punktami kontrolnymi. Co istotne, odcinkowe pomiary potrafią objąć nawet kilkunastokilometrowy fragment drogi ekspresowej, a więc „zrzucenie” prędkości tuż przed końcem odcinka nie uratuje kierowcy przed mandatem.
O czym warto pamiętać na co dzień
Fabryczne liczniki samochodów z reguły zawyżają wskazania maksymalnie o kilka procent, przez co realna prędkość bywa niższa niż ta na zegarze. To jednak nie jest alibi: jeśli radar odnotuje 61 km/h w strefie 50 km/h, mandat będzie nieuchronny. Ponadto warto uwzględnić margines bezpieczeństwa wynikający z warunków atmosferycznych, stanu ogumienia czy czasu reakcji kierowcy. Tolerancja urządzenia jest instrumentem legislacyjnym, a nie zachętą do jazdy „o dziesięć więcej”.