Czy na stacjach zabraknie paliwa? Oddzielmy fejki od uzasadnionych obaw
Gwałtowne doniesienia z Bliskiego Wschodu ponownie rozpalają wyobraźnię kierowców: czy niebawem przy dystrybutorach zrobi się tłoczno, a ceny poszybują w górę? Czy powtórzy się scenariusz z początków wojny w Ukrainie, gdy polskie stacje paliw przeżywały szturm kierowców? W świetle zbrojnego starcia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Izraelem a Iranem zapytaliśmy analityków rynku, jak bardzo realne są braki w zaopatrzeniu i jak głębokie mogą być podwyżki cen benzyny oraz oleju napędowego.
Odpowiedzi szukamy przyglądając się faktom: skąd dziś sprowadzana jest ropa, jak funkcjonują łańcuchy logistyczne, jakie są obowiązkowe zapasy paliw i wreszcie – jak naftowe kontrakty reagują na ryzyko przerwania dostaw przez kluczową Cieśninę Ormuz. Korzystamy z danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej, OPEC oraz polskich instytucji regulacyjnych, aby oddzielić panikę od chłodnej analizy.
Czy ceny paliw na stacjach drastycznie wzrosną?
Napięcie geopolityczne samo w sobie nie podnosi notowań ropy; robi to perspektywa zaburzenia podaży. Przez wąską, 33-kilometrową Cieśninę Ormuz każdego dnia przepływa około 20 mln baryłek surowca – niemal jedna piąta globalnego handlu. W momencie, gdy wojska amerykańskie i izraelskie rozpoczęły ofensywę na irańskie instalacje naftowe, baryłka Brent podskoczyła o 8 proc. i zbliżyła się do 90 USD. Dla porównania jeszcze w lutym notowania utrzymywały się w przedziale 78–82 USD.
– Rynek reaguje impulsywnie, stąd spekulacje o poziomach 100–120 USD za baryłkę, ale równie gwałtownie może nastąpić korekta, jeśli otrzymamy sygnały o utrzymaniu eksportu z Arabii Saudyjskiej czy Kuwejtu – ocenia Urszula Cieślak, analityczka cen paliw. Jej zdaniem wahania w granicach 20 USD są w obecnych realiach możliwe „praktycznie z tygodnia na tydzień”.
Warto pamiętać, że rafinerie kupują nie tylko ropę, lecz także półprodukty. Dla stacji benzynowych kluczowa jest relacja między ropą a gotowym paliwem. Podczas gdy surowiec zdrożał o 8 proc., hurtowe kwotowania oleju napędowego w europejskim hubie ARA podskoczyły aż o 18 proc. Benzyna reaguje łagodniej, bo jej import do Polski jest rozproszony: obok dostaw z Półwyspu Arabskiego rośnie udział ładunków z USA i północno-zachodniej Europy.
Na światowych parkietach istotną rolę odgrywa również dolar. Gdy kapitał ucieka do amerykańskiej waluty, lokalne ceny paliw mogą rosnąć podwójnie – przez droższą ropę i mocniejszego dolara. Jednak od dwóch lat Narodowy Bank Polski częściowo zabezpiecza rezerwy walutowe w euro i juanie, co amortyzuje skoki kursowe.
Warto teraz tankować na zapas? Czy zabraknie paliwa na stacjach?
Sceny z marca 2022 r., kiedy kierowcy potrafili czekać w kilkusetmetrowych kolejkach, pokazują siłę psychologii. Sama informacja o możliwej blokadzie Ormuzu wystarczy, by detaliczni odbiorcy w kilka godzin opróżnili przyzakładowe zbiorniki. – Jeśli w hurcie zobaczymy podwyżki rzędu 30–40 gr na litrze, na pylonach szybko pojawi się cena wyższa nawet o 50 gr – ostrzega Cieślak. Ale to nie oznacza braku paliwa.
Polska, podobnie jak inne kraje UE, utrzymuje obowiązkową rezerwę odpowiadającą 90 dniom średniego zużycia ropy i paliw. Zapasami zarządza Agencja Rezerw Strategicznych, która w razie kryzysu może uwolnić część zasobów. Dodatkowo największy krajowy koncern – Orlen – od 2023 r. nie sprowadza surowca przez Cieśninę Ormuz; dominuje ropa z Norwegii i Kazachstanu, a komponenty benzyn i diesla przypływają głównie z portów holenderskich oraz amerykańskich.
Co w praktyce oznacza to dla kierowcy? Nawet jeśli ceny w detalu wzrosną o kilkanaście procent w ciągu kilku dni, przerwy w sprzedaży są mało prawdopodobne. Infrastruktura magazynowa w Gdańsku i Płocku pozwala utrzymać regularne dostawy przez kilka miesięcy bez ingerencji rynku spot. Według danych PERN, tylko w czerwcu 2026 r. pojemności baz magazynowych w Polsce wzrosły o kolejne 600 tys. m³, co dodatkowo zwiększa bufor bezpieczeństwa.
Oficjalne komunikaty Orlenu i Lotosu podkreślają, że żadna z firm nie odczuwa przerwania łańcucha dostaw, a scenariusz racjonowania paliwa nie jest rozważany. Firmy logistyczne notują natomiast wzmożone zapytania o przewóz paliw cysternami z Niemiec i Czech, co potwierdza, że rynek szykuje się na ewentualne skoki cen, a nie na deficyt surowca.
Dla konsumenta najrozsądniejszą strategią pozostaje obserwowanie pylonów, a nie robienie zapasów w przydomowych kanistrach. Sztuczny popyt zwykle tylko przyspiesza podwyżki, a w skrajnych przypadkach prowadzi do wprowadzenia limitu tankowania przez same stacje.
Najnowsze prognozy Międzynarodowej Agencji Energetycznej zakładają, że globalny popyt na ropę w 2026 r. wzrośnie o ponad 1 mln baryłek dziennie, lecz OPEC i kraje spoza kartelu planują podtrzymać zdolności wydobywcze na poziomie wyższym o 2,6 mln baryłek dziennie. To oznacza, że nawet przy krótkotrwałych zakłóceniach w Ormuzie, świat dysponuje potencjałem, aby wyrównać niedobory w ciągu kilku tygodni.
Podsumowując: w krótkim terminie baryłka ropy może kosztować ponad 100 USD, a na wybranych stacjach cena diesla zbliży się do 8 zł za litr. Nie ma jednak przesłanek, by w Polsce czy w Unii Europejskiej zabrakło paliwa. Zmiany cen odczują portfele kierowców, ale dystrybutory nie powinny zgasnąć.