Psychologiczna granica dwóch euro za litr benzyny, która jeszcze kilka lat temu wydawała się abstrakcyjna, dziś jest w Niemczech niemal na wyciągnięcie ręki. Skokowy wzrost hurtowych notowań ropy naftowej w połączeniu z silnym euro, zawirowaniami geopolitycznymi i napiętym rynkiem produktów gotowych sprawia, że właściciele stacji paliw podnoszą tabliczki cenowe z tygodnia na tydzień. Dla polskich kierowców najbardziej niepokojące jest jednak to, że historycznie podwyżki po zachodniej stronie Odry zwykle z pewnym opóźnieniem pojawiają się także nad Wisłą – i wszystko wskazuje na to, że tym razem będzie podobnie.
Niemcy: cenowa gorączka na stacjach przy autostradach i w miastach
Z danych największego automobilklubu za Odrą wynika, że średnia cena litra benzyny 95-oktanowej oscyluje już w okolicach 1,79 euro, natomiast olej napędowy pozostaje tylko kilka centów tańszy. Kierowcy, którzy tankują przy autostradowych MOP-ach, płacą jeszcze więcej – w skrajnych przypadkach nawet 1,98 euro. Różnice między stacjami w centrach dużych miast a tymi zlokalizowanymi przy kluczowych węzłach komunikacyjnych potrafią sięgać 15–18 centów na litrze. To budzi ogromne emocje, zwłaszcza wśród osób codziennie dojeżdżających do pracy samochodem. Według badań ankietowych prowadzonych w landach południowych już co czwarty respondent deklaruje ograniczenie podróży autem do niezbędnego minimum, a blisko połowa rozważa przesiadkę do transportu publicznego, o ile podwyżki utrzymają się przez kolejnych kilka tygodni.
Polska: ciche podwyżki w hurcie zapowiadają droższe dystrybutory
Na przełomie lutego i marca krajowe rafinerie mocno skorygowały cenniki. Wartość tak zwanej „bazy” dla stacji niezależnych wzrosła w ciągu pięciu dni o ponad 40 groszy w przypadku oleju napędowego i o kilkanaście groszy dla benzyny. Choć detalicznie jeszcze tego wyraźnie nie widać – średnia cena benzyny 95 waha się w granicach 5,70 zł, a diesla 6 zł – sprzedawcy pracują obecnie na coraz niższych marżach. To klasyczny sygnał, że seria aktualizacji cenników na pylonach jest kwestią czasu. Wiele wskazuje na to, że najbardziej odczują to właściciele pojazdów z silnikiem wysokoprężnym: wysoki popyt na komponenty do produkcji diesla w Azji i jednoczesne ograniczenia europejskich mocy rafineryjnych utrzymują presję na wyższe stawki hurtowe.
Globalny mechanizm podwyżek: od Zatoki Perskiej do dystrybutora
Nerwowe ruchy cenowe na rynkach zaczęły się, gdy napięcie na Bliskim Wschodzie przerodziło się w otwarty konflikt militarny. Deklarowana przez Teheran blokada cieśniny Ormuz zagroziła drodze morskiej, którą każdego dnia przepływa około 20 proc. światowego handlu ropą. W reakcji kontrakty terminowe na ropę Brent skoczyły z poziomu 69 dolarów do ponad 81 dolarów za baryłkę w mniej niż tydzień. Do tego należy dodać premię za ryzyko, jaką traderzy wplatają w wyceny, a także rosnące koszty ubezpieczenia transportu morskiego – te ostatnie, według danych londyńskich brokerów, wzrosły w rejonie Zatoki o około 35 proc. w zaledwie dwa tygodnie. Efekt domina jest nieubłagany: rafinerie płacą więcej za surowiec, a sieci stacji paliw przerzucają wyższe koszty na odbiorców detalicznych.
Perspektywy: trzycyfrowy Brent i konsekwencje dla portfeli kierowców
Analitycy największych banków inwestycyjnych podnoszą prognozy notowań ropy do 95–100 dolarów za baryłkę w horyzoncie najbliższych sześciu miesięcy. Kluczowe znaczenie może mieć postawa grupy OPEC+, która już w I kwartale utrzymywała dobrowolne cięcia wydobycia sięgające 2 mln baryłek dziennie. Jeśli kartel przedłuży restrykcję, a sytuacja w rejonie Zatoki Perskiej nie ulegnie stabilizacji, paliwo w Europie może zdrożeć średnio o dodatkowe 20–25 eurocentów na litrze. Dla Polski, gdzie podatki pośrednie – akcyza, opłata paliwowa i VAT – kumulują się w końcowej cenie, oznaczałoby to prawdopodobne przekroczenie 7 zł za litr diesla jeszcze przed wakacjami. W skrajnym, lecz coraz częściej przywoływanym scenariuszu trzycyfrowy Brent mógłby podnieść koszt tankowania benzyny 95 na polskich stacjach do 7,50 zł, a w Niemczech wypchnąć ceny powyżej 2,10 euro. To nie tylko uderzenie w domowe budżety, lecz także zagrożenie dla inflacyjnych planów banków centralnych w całej Europie.
Wnioski dla kierowców i gospodarki
Skoordynowane działania – od ewentualnego uwolnienia części rezerw strategicznych, przez możliwe obniżki opłat dystrybucyjnych, po promowanie niskoemisyjnych źródeł transportu – stają się coraz bardziej palącym tematem w agendzie polityków. Dla przeciętnego użytkownika samochodu w Polsce oznacza to konieczność bieżącego monitorowania cen i rozważenia zmiany nawyków transportowych, tak aby ograniczyć wpływ gwałtownych skoków cen paliw na domowy budżet. Rynek podpowiada jednak, że w otoczeniu podwyższonego ryzyka geopolitycznego i usztywnionej podaży surowca nie ma szybkich i łatwych rozwiązań: kierowcy muszą przygotować się na dłuższy okres podwyższonej zmienności oraz wyższych, niż wynikałoby to wyłącznie z sezonowości, cen przy dystrybutorach.