Plan przeniesienia alkoholu spod lad i półek na zaplecze stacji paliw zaczyna nabierać realnych kształtów. Branża paliwowa nie mówi o zakazie, lecz o tzw. sprzedaży bezwitrynowej: napoje wysokoprocentowe nadal będzie można kupić, tyle że – podobnie jak wyroby tytoniowe – wyłącznie „na życzenie”. Założeniem jest ograniczenie zakupów podejmowanych pod wpływem impulsu, które według badań odpowiadają za znaczną część sprzedaży alkoholu w punktach detalicznych.

Dlaczego operatorzy stacji paliw forsują zmianę ekspozycji

W Polsce działa około ponad 8 tysięcy stacji paliw, z czego większość posiada koncesję na sprzedaż alkoholu. Według szacunków Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego udział tych placówek w całkowitej sprzedaży napojów alkoholowych zamyka się w kilku procentach, ale przychody z tego tytułu są istotne dla rentowności małych obiektów przy drogach krajowych. Operatorzy podkreślają, że proponowane rozwiązanie nie podcina źródła dochodu, a jednocześnie pozwala odpowiedzieć na rosnącą presję społeczną i polityczną, by ograniczyć fizyczną dostępność alkoholu.

Stacje argumentują także, że ich placówki już dziś spełniają wysokie wymogi kontroli wieku czy monitoringu, więc przesunięcie butelek poza wzrok klienta nie wpłynie negatywnie na poziom nadzoru. Dla sieci paliwowych to również szansa, by zaprezentować się jako podmioty odpowiedzialne społecznie i uprzedzić ewentualne próby całkowitego zakazu sprzedaży alkoholu w tego typu lokalizacjach.

Widoczność a zachowania konsumentów – co mówią dane

Zagraniczne analizy wielokrotnie potwierdzały, że sposób ekspozycji produktu kształtuje decyzje zakupowe. Uniwersytet w Sheffield obliczył, że w brytyjskich supermarketach przeniesienie alkoholu z czoła alejek do mniej wyeksponowanych miejsc zmniejszało sprzedaż piwa o blisko jedną czwartą, a wina o ponad jedną trzecią. Równocześnie badanie przeprowadzone przez London School of Hygiene & Tropical Medicine wykazało, że aż 70% klientów decydujących się na zakup alkoholu przy kasie nie planowało tego wcześniej.

Polskie dane są mniej jednoznaczne, ale Narodowy Fundusz Zdrowia wskazuje, że przypadkowe zakupy napojów procentowych rosną najszybciej właśnie w tzw. sklepach convenience, do których zalicza się wiele stacji paliwowych. Szacuje się, że co czwarty kupujący na stacji podejmuje decyzję o zakupie alkoholu dopiero po zobaczeniu półki. Zwolennicy zmian twierdzą, że ograniczenie bodźców wizualnych może przełożyć się na spadek konsumpcji, a w dalszej perspektywie – na obniżenie kosztów społecznych związanych z nadużywaniem alkoholu, które według WHO kosztują gospodarkę unijną około 125 miliardów euro rocznie.

Doświadczenia innych krajów – Estonia, Islandia, Kanada

Najczęściej przywoływanym przykładem jest Estonia, gdzie w 2019 roku wprowadzono obowiązek niewystawiania alkoholu na widoku w sklepach ogólnospożywczych. Po pierwszych trzech miesiącach odsetek zakupów impulsywnych spadł tam z 5% do 2%, a badacze z Uniwersytetu w Tartu odnotowali 48% redukcję kontaktu wzrokowego konsumentów z napojami procentowymi. Podobny model działa w Islandii, gdzie alkohol dostępny jest wyłącznie w wyspecjalizowanych punktach państwowej sieci Vínbúðin, dzięki czemu wskaźnik spożycia na mieszkańca należy do najniższych w Europie Północnej.

Z kolei kanadyjska prowincja Ontario zdecydowała się na wariant pośredni: od 2018 roku sklepy mogą sprzedawać piwo i wino, o ile znajdują się w osobnej strefie wydzielonej od standardowych artykułów spożywczych. W ciągu dwóch lat badań University of Waterloo zanotowano tam 17% mniej przypadkowych zakupów alkoholu, przy jednoczesnym utrzymaniu całościowej sprzedaży detalicznej na podobnym poziomie. Statystyki te stanowią argument, że zmiana ekspozycji nie uderza w legalny popyt zaplanowany, a jedynie ogranicza zakupy pod wpływem impulsu.

Kierunek legislacyjny i możliwe konsekwencje dla rynku

W Polsce obecne przepisy – ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi – nie określają szczegółowo, w jaki sposób napoje wyskokowe mają być prezentowane w punktach sprzedaży. Przeniesienie alkoholu na zaplecze lub za ladę wymagałoby zatem nowelizacji, prawdopodobnie w formie rozporządzenia wykonawczego do ustawy lub odrębnej regulacji obejmującej cały handel detaliczny. Ministerstwo Zdrowia sygnalizuje zainteresowanie rozwiązaniami skandynawskimi, natomiast organizacje zrzeszające detalistów przestrzegają, że zbyt restrykcyjne zasady mogłyby premiować sprzedaż nielegalną.

Jeśli ustawodawca zdecyduje się na wariant proponowany przez branżę paliwową, sieci będą musiały ponieść koszty dostosowania zaplecza i systemów kasowych – według wstępnych kalkulacji mogą one wynieść od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych na obiekt. Firmy liczą jednak, że inwestycja zwróci się poprzez uniknięcie bardziej dotkliwych ograniczeń, takich jak całkowity zakaz sprzedaży na stacjach, o którym głośno mówiła część samorządów. Druga połowa roku ma przynieść wyniki konsultacji społecznych i projekt odpowiednich przepisów, co przesądzi o tym, czy przy dystrybutorze zatankujemy już wkrótce również… niewidoczny alkohol.