Elektryczne AMG: hit czy kit?

Plotki o nowym, bezemisyjnym supersamochodzie z Affalterbach krążą od miesięcy, a w rolę jego showmana wcielił się sam Brad Pitt. Czy gwiazda Hollywood wystarczy, by przekonać najbardziej wymagających kolekcjonerów, że kolejny krok w motoryzacji to czysty prąd?

• Mercedes-AMG celuje w segment ultraluksusowych elektryków, wyznaczając nowe granice osiągów i ładowania. • Marketingowa ofensywa ma przyciągnąć klientów przyzwyczajonych do logo Ferrari i Lamborghini, a nie trójramiennej gwiazdy. • Ponad 1000 KM mocy i nawet 500 kW na słupku ładowarki to liczby, które mają zapewnić modelowi status technologicznej demonstracji siły.

Niemieccy inżynierowie deklarują, że ich najnowszy projekt nie jest jedynie odpowiedzią na Porsche Taycana czy Teslę Model S Plaid. Platforma AMG.EA oparta na napięciu 800 V (a w topowej wersji 1000 V) ma zapewnić rekordowe czasy ładowania, nieprzerwany dostęp do pełnej mocy oraz wytrzymałość termiczną na torze. W praktyce oznacza to sprint do setki w okolice dwóch sekund, prędkość maksymalną przekraczającą 320 km/h i możliwość uzupełnienia zasięgu na 300 km w mniej niż dziesięć minut.

Strategia marki wykracza jednak poza suche parametry. Mercedes chce przyciągnąć kolekcjonerów, którym na podjeździe stoją już V12-tki z Maranello czy Sant’Agata Bolognese. Elektryczne GT ma być sportowym codzienniakiem: komfortowym w poniedziałkowym korku, a jednocześnie zdolnym zdominować weekendową sesję track-day. Stąd kabina inspirowana kokpitem myśliwca, adaptacyjny system dźwięku przypominający bulgot V8 oraz tryby jazdy pozwalające kierowcy wybrać pomiędzy absolutną ciszą a pełną porcją emocji multisensorycznych.

Premiera w świetle jupiterów F1

Choć finalny kamuflaż wciąż skrywa detale karoserii, pokaz przed rundą Formuły 1 w Las Vegas dał przedsmak możliwości auta. Za kierownicą pojawił się George Russell, a na fotelu pasażera Brad Pitt – duet, który przy dźwiękach przypominających klasyczne AMG V8 okrążał uliczny tor, sunąc bokiem przez sekwencję ciasnych łuków. Mercedes nie ukrywa, że to dopiero początek ofensywy wizerunkowej: kolejny teaser zaplanowano na Goodwood Festival of Speed, a debiut produkcyjny na targach IAA Mobility w Monachium.

Co potrafi elektryczne GT z Affalterbach?

System napędu opiera się na czterech niezależnych silnikach synchronicznych z magnesami trwałymi, każdy z dedykowaną przekładnią dwubiegową. W trybie Drift auto odłącza przednią oś, przenosząc całą moc na tył i pozwalając na kontrolowane uślizgi przy prędkościach niedostępnych dla klasycznych spalinowców. Z kolei w ustawieniu Track sterownik rozdziela moment obrotowy pomiędzy kołami z dokładnością do pojedynczych newtonometrów, co przy wspomaganiu skrętnej tylnej osi zapewnia neutralną charakterystykę nawet w zakrętach o zmiennej przyczepności.

Symulowane przełożenia – obsługiwane manetkami przy kierownicy – mają skrócić reakcję układu i umożliwić kierowcy dawkowanie mocy w sposób znany z dwusprzęgłowych skrzyń DCT. Podczas redukcji agregat dźwiękowy wzmacnia syntetyczne strzały z wydechu, a kabina drży dzięki głośnikom skóry kontaktowej w oparciach foteli. To swoiste połączenie analogowego spektaklu z cyfrową precyzją.

Cyfry, które mają zwalać z nóg

Topowa odmiana – roboczo nazywana GT 63 S E PERFORMANCE Electric – rozwija 1200-1300 KM, 1500 Nm momentu obrotowego i rozpędza się od 0 do 200 km/h w mniej niż sześć sekund. Akumulator o pojemności 108 kWh korzysta z ogniw chłodzonych mikrokanałami cieczy dielektrycznej, co umożliwia przyjęcie mocy ładowania 500 kW bez degradacji. Według wstępnych obliczeń przekłada się to na zasięg autostradowy rzędu 550 km oraz ponad 700 km w cyklu mieszanym WLTP.

Ambicją Mercedesa jest ustanowienie nowych standardów zarówno w dziedzinie wydajności, jak i jakości wykonania: aluminiowo-kompozytowa rama przestrzenna obniża masę do 2200 kg, a adaptacyjne amortyzatory z wektorowaniem siły tłumienia reagują pięćset razy na sekundę. Wszystko po to, by przyciągnąć klientów, którzy dotąd kojarzyli elektryki z kompromisem, a nie z perfekcją.

Czy wizja bezgłośnego AMG rozgrzeje portfele purystów? Rynek supersamochodów na prąd wciąż raczkuje, a bariera psychologiczna dla cen powyżej miliona euro pozostaje wysoka. Jeżeli jednak ktokolwiek ma szansę przekonać wąskie, lecz wpływowe grono kolekcjonerów, to właśnie połączenie wyścigowego pedigree, inżynierskiego rozmachu i nazwiska, które na czerwonym dywanie robi równie wiele hałasu, co na hollywoodzkich ekranach – Brad Pitt. Reszta to już kwestia tego, czy klienci uwierzą w elektryczną magię trójramiennej gwiazdy.