W Polsce za przekroczenie dopuszczalnej prędkości o trzydzieści kilometrów na godzinę kierowca kończy zwykle z mandatem w wysokości około 400 złotych. Tymczasem na drogach Finlandii to samo wykroczenie może kosztować tyle, co średniej wielkości mieszkanie w centrum Warszawy. Dowiódł tego najnowszy przypadek multimilionera z Wysp Alandzkich, który za jazdę 80 km/h w strefie „pięćdziesiątki” musiał zapłacić 121 000 euro, czyli blisko 560 000 złotych. Nie była to jednak fanaberia miejscowej policji, lecz konsekwencja unikatowego w skali świata systemu kar pieniężnych uzależnionych od dochodu sprawcy.

Podczas gdy w wielu krajach stawka mandatowa ma charakter stały, Finlandia od ponad stu lat opiera się na modelu tzw. „dziennych stawek”. Dzięki temu pojęcie równości wobec prawa przybiera tam wyjątkowo dosłowny kształt: im więcej ktoś zarabia, tym głębszy jest ekonomiczny ślad najdrobniejszej nawet wykroczeniowej wpadki.

Fiński model „day-fine” – jak to działa w praktyce

Mechanizm progowego karania finansowego wprowadzono nad Zatoką Botnicką już w 1921 roku. W największym skrócie każdemu wykroczeniu przypisuje się liczbę tzw. dziennych stawek – przy drobnych naruszeniach bywa to kilka, przy poważniejszych kilkadziesiąt. Funkcjonariusz ustala liczbę „dni kary” na miejscu kontroli, a następnie system informatyczny automatycznie mnoży ją przez dochód netto sprawcy podzielony przez trzydzieści. Efekt bywa spektakularny, gdy za kierownicą siedzi osoba o siedmiocyfrowych rocznych wpływach.

Aby nie doprowadzić do ekonomicznego paraliżu obywatela, przepisy przewidują górne ograniczenie: jedna dzienna stawka nie może przekroczyć 16 000 euro, a łączna kwota mandatu – 120 stawek. Tyle że w praktyce osoby zamożne i tak regularnie biją europejskie rekordy kar drogowych. W przeszłości pod gradobiciem mandatów znaleźli się m.in. dyrektorzy dużych banków, mistrzowie hokeja czy znani muzycy, a sumy przekraczały niekiedy 200 000 euro.

Głośny przypadek z Wysp Alandzkich

Bohater najświeższej historii, 76-letni przedsiębiorca działający w logistyce i hotelarstwie, zasiadł za kierownicą luksusowego sedana w sobotni poranek. Pomiar radarowy wskazał 80 km/h na odcinku ograniczonym do 50 km/h. Choć różnica prędkości była relatywnie niewielka, wpływy biznesmena przekraczające milion euro rocznie sprawiły, że kilkanaście sekund nieuwagi przełożyło się na sześciocyfrową kwotę kary.

Co ciekawe, dla tego samego kierowcy nie był to debiut w statystykach fińskiej drogówki. W 2013 roku zapłacił 95 000 euro, a pięć lat później – 63 680 euro. Mimo tak okazałej historii mandatowej, po każdym incydencie deklarował publicznie, że akceptuje konsekwencje i jednocześnie liczy, iż zasądzona kwota przyda się systemowi ochrony zdrowia lub edukacji. Takie deklaracje nie zawsze zmiękczają opinię publiczną: fińskie media regularnie komentują, że nawet najhojniejsza kara nie zwróci życia pieszym, gdyby doszło do tragedii.

Dlaczego Finlandia woli portfele niż punkty karne

Skandynawski model kar finansowych ma potrójny cel. Po pierwsze, ma wywołać równy psychologiczny efekt odstraszający u bogatych i mniej zamożnych kierowców. Po drugie, ściągnięte w ten sposób środki realnie zasilają budżet publiczny – każdego roku do fińskiej kasy wpływa z mandatów około 80 milionów euro. Wreszcie po trzecie, wysokie grzywny obniżają wskaźniki recydywy: według danych Krajowego Instytutu Transportu tylko 6% sprawców wykroczeń drogowych powtarza je w ciągu dwóch lat, gdy średnia unijna sięga 15%.

W Finlandii nie rezygnuje się oczywiście z punktów karnych ani zatrzymań prawa jazdy, jednak to właśnie uderzenie w finanse jest podstawą profilaktyki. Ustawodawca uznał, że grzywna równa kilkudniowym dochodom jest dotkliwsza i równocześnie mniej stygmatyzująca niż postępowanie karne. Dla porównania, w Niemczech stosuje się już podobny algorytm przy niektórych wykroczeniach, a w Szwajcarii rekordowe mandaty przekraczały 1 000 000 franków, jednak dotyczą skrajnych prędkości powyżej 200 km/h.

Czy progresywne mandaty mają szansę trafić do innych krajów?

Dyskusja o „sprawiedliwym” karaniu kierowców toczy się regularnie w parlamentach wielu państw. Zwolennicy modelu fińskiego wskazują, że płacenie stałej kwoty 100 czy 200 euro przez osobę zarabiającą sto razy więcej niż przeciętny obywatel z natury rzeczy nie pełni funkcji odstraszającej. W Polsce pomysł wprowadzenia stawek dziennych przewijał się kilkukrotnie w sejmowych komisjach, ale na razie nie doczekał się projektu ustawy. Przeciwnicy podkreślają ryzyko nadmiernej kazuistyki, rosnące koszty administracyjne oraz potrzebę dostępu do świeżych danych podatkowych w czasie rzeczywistym.

Nie ma jednak wątpliwości, że fiński pomysł stał się laboratorium, z którego chętnie czerpią urzędnicy z całej Europy. W efekcie kilka państw – m.in. Dania i Holandia – testuje hybrydowe modele mandatowe łączące taryfy stałe z progami procentowymi od dochodu w najpoważniejszych wykroczeniach. Czy podobny kierunek obierze reszta kontynentu? Odpowiedź pozostaje otwarta, jednak doświadczenie z Helsinek jednoznacznie pokazuje, że przepis napisany „pod portfel” kierowcy potrafi skuteczniej zwolnić ruch drogowy niż najdroższy fotoradar.