Maranello najwyraźniej znalazło własny sposób na walkę z globalną niepewnością gospodarczą. Podczas gdy większość producentów motoryzacyjnych redukuje koszty i ogranicza zatrudnienie, włoska legenda osiąga rekordową rentowność, bije kolejne historyczne poziomy dostaw i przekazuje pracownikom premie, które w wielu korporacjach można by pomylić z roczną pensją. Sukces Ferrari pokazuje, że strategia ograniczonego wolumenu, ekstremalnej personalizacji i konsekwentnego inwestowania w technologię może w trudnych czasach okazać się bardziej dochodowa niż masowa produkcja.
Bilans, który zawstydza gigantów
W roku obrachunkowym 2023 firma dostarczyła na rynek 13 640 samochodów, inkasując 7,1 mld euro przychodów. Zysk operacyjny przekroczył 2,1 mld euro, co przełożyło się na marżę EBIT na poziomie ponad 29 proc. – wynik, o jakim większość dużych grup motoryzacyjnych może tylko marzyć. Kapitalizacja rynkowa producenta z Maranello wzrosła w ostatnich pięciu latach niemal dwukrotnie, a rentowność sprzedaży utrzymuje się na stabilnie wysokim poziomie mimo rosnących kosztów surowców i energii.
Według szacunków analityków, przeciętna cena transakcyjna nowego Ferrari przekracza obecnie 350 tys. euro, a lista oczekujących na popularne modele GT czy limitowane supersamochody rozciąga się na kilkanaście miesięcy. Ograniczony wolumen – świadomie ustalony poniżej 15 tys. sztuk rocznie – pozwala utrzymać ekskluzywność i wzmacnia siłę negocjacyjną wobec dostawców. W efekcie producent może przerzucać rosnące koszty na nabywców bez większego ryzyka utraty popytu.
Premie, które budują lojalność zespołu
Najbardziej spektakularnym dowodem finansowej formy marki są premie dla około 5 tys. pracowników we Włoszech. Wypłaty sięgające 14 900 euro brutto za 2023 rok przewyższają standardy branży, a w niektórych przypadkach odpowiadają blisko połowie rocznej pensji produkcyjnej. System nagród jest progresywny – wielkość bonusu zależy od poziomu realizacji kluczowych wskaźników, takich jak rentowność czy terminowość uruchamiania nowych modeli.
Ferrari podkreśla, że obok wymiaru finansowego liczy się także aspekt kulturowy. Wewnętrzne badania firmy pokazują, że niski wskaźnik rotacji kadr – szczególnie w działach R&D i produkcji silników – przekłada się na przewagę konkurencyjną. Pracownicy otrzymują dostęp do programów kształcenia w centrum kompetencji w Maranello, a premie mają dodatkowo wzmacniać przywiązanie do marki i jej dziedzictwa.
Produkcja limitowana, popyt nieograniczony
Istotą modelu biznesowego Ferrari jest zasada „jednego samochodu mniej niż rynek jest w stanie wchłonąć”. Ograniczenie podaży w połączeniu z rozbudowanym programem personalizacji sprawia, że przeciętny klient wydaje na opcje i indywidualne wykończenie około 20 proc. bazowej ceny pojazdu. Według danych firmy już niemal 90 proc. kupujących korzysta z dedykowanych pakietów personalizacyjnych, a najbardziej wymagający potrafią podnieść wartość auta nawet dwukrotnie w stosunku do katalogu.
Silny popyt wspierany jest rozwojem geograficznym. Rynek azjatycki odpowiada dziś za blisko jedną trzecią dostaw, a Chiny kontynentalne stały się drugim co do wielkości rynkiem po Stanach Zjednoczonych. W Europie, mimo zaostrzającej się legislacji emisyjnej, marka podtrzymuje sprzedaż dzięki strategii mieszanego napędu, łączącej klasyczne jednostki V12 z hybrydami typu plug-in.
Strategia napędowa: triada benzyna–hybryda–elektryczność
Ferrari zamierza do końca dekady utrzymywać zrównoważony portfel technologiczny: 40 proc. samochodów pozostanie przy klasycznych silnikach spalinowych, 40 proc. przy hybrydach, a 20 proc. będzie w pełni elektrycznych. Pierwszy seryjny model bezemisyjny ma zjechać z taśm w 2025 r., a w Maranello trwa już budowa dedykowanej linii montażowej oraz własnego centrum badań nad ogniwami akumulatorowymi.
Mimo nadchodzącego debiutu EV, firma otwarcie inwestuje w dalszy rozwój jednostek V6, V8 i V12. Nowa generacja silników ma spełniać normę Euro 7 bez konieczności rezygnacji z charakterystycznego dźwięku czy wysokiej sprawności litrowej. Szef działu rozwoju podkreśla, że priorytetem pozostaje emocjonalny wymiar jazdy, niezależnie od wybranej technologii napędu. Hybrydowe układy plug-in, takie jak te w modelach SF90 Stradale czy 296 GTB, stanowią pomost pomiędzy tradycją a pełną elektryfikacją.
Boutique manufacturing jako recepta na kryzysy
Przypadek Ferrari ilustruje, że skala nie zawsze gwarantuje odporność na zawirowania rynku. Filozofia „boutique manufacturing”, łącząca wysoki poziom ręcznej pracy z nowoczesną automatyzacją w krytycznych obszarach (np. obróbka aluminium i włókien węglowych), pozwala elastycznie dostosować produkcję do popytu. Jednocześnie ograniczona baza kosztowa chroni przed skutkami gwałtownego spadku wolumenu, co w globalnych kryzysach bywa piętą achillesową masowych koncernów.
W reakcji na rosnącą inflację i koszty energii, przedsiębiorstwo przenosi część procesu produkcyjnego do stref o niższej emisyjności węgla, korzystając z własnych paneli fotowoltaicznych i umów na energię odnawialną. To z jednej strony wzmacnia wizerunek marki „zielonego luksusu”, z drugiej redukuje operacyjne ryzyko w obliczu rosnących cen mediów.
Czego mogą nauczyć się inni producenci
Strategia Ferrari podkreśla znaczenie unikalnej wartości produktu rzadziej dyskutowanej w branży motoryzacyjnej: doświadczenia klienta. Każdy egzemplarz to nie tylko środek transportu, lecz przedłużenie tożsamości nabywcy, budowane poprzez dedykowane konfiguracje, ekskluzywne wydarzenia i program odnowień klasycznych modeli. Ta kombinacja lojalnościowej usługi posprzedażnej i barier podażowych tworzy sytuację, w której marka może dyktować warunki, zamiast gonić za udziałem w rynku.
Dla koncernów o znacznie większym wolumenie stanowi to lekcję: kluczem do stabilnych marż nie musi być skala, lecz spójna narracja marki, klarowny model biznesowy oraz gotowość do inwestycji w długoterminowe innowacje. W czasach, gdy niepewność makroekonomiczna staje się nową normą, elastyczność i ekskluzywność mogą okazać się równie wartościowe jak miliony sprzedanych pojazdów.